Jaki uczynny dealer.. az zaluje, ze nie mam Skody

07.10.2019 10:21

<b>Foto:</b> www.youtube.com
Foto: www.youtube.com


Judyta Nowak z Tychów w 2017 roku kupiła używaną skodę. Pierwszy właściciel poinformował ją, że auto było tuningowane w ten sposób, że zwiększona została moc silnika. Skoda jeździła bez zarzutów do 5 lipca zeszłego roku.
– Jechałam wtedy do Czeladzi, gdy samochód stanął na środku ulicy. Zadzwoniłam po lawetę. Auto zostało zabrane do najbliższego salonu, Auto-Centrum M.Z. Kierat w Tychach. Po kilku dniach właściciel salonu poinformował, że uszkodzony został tłok. Jego zdaniem w aucie jest wada ukryta i odpowiada za to pierwszy właściciel. Mówił, że będę się mogła domagać od niego pokrycia kosztów za naprawę. Właściciel wycenił koszty na około 7 tys. zł – relacjonuje pani Judyta.
Karoseria wgnieciona, faktura niebotycznie wysoka
Mijał czas, a auto wciąż nie było gotowe. W salonie klientka słyszała, że przy okazji naprawy w jej skodzie wymienionych zostanie więcej części. I wciąż sugerowano, że zapłaci za to pierwszy właściciel. – Powiedziałam, że to nie w porządku, że nie chcę naprawy „z nadwyżką”. Chciałam tylko, żebym mogła znów jeździć – mówi kobieta.
31 października po raz kolejny poszła sprawdzić, co się dzieje z jej autem. – Zaprowadzono mnie w miejsce, gdzie stała moja skoda. Kilka części było rozebranych, malowanych. Usłyszałam, że dodatkowa naprawa jest w ramach przysługi. Pracownicy patrzyli na mnie z politowaniem. Być może uważali, że każdej kobiecie można wmówić idiotyzm! – denerwuje się właścicielka.
Okazało się, że w aucie pani Judyty wgnieciony został jeden z progów, tylny błotnik oraz zarysowany zderzak z tyłu. Na liczniku przybyło 600 kilometrów.
– Nie potrafiono mi wyjaśnić, skąd wzięły się zniszczenia i dodatkowe kilometry. Powiedziano mi tylko, że zniszczenia są naprawiane na koszt salonu. Za „pierwotną” naprawę dostałam fakturę na ponad 11 tys. zł. Do tego była dołączona tabelka z wyszczególnionymi częściami – ponad 70 pozycji. Nijak miało się to do wcześniej ustalonych 7 tys. zł – mówi właścicielka.
Salon skody: Oferujemy rekompensatę
Pani Judyta auto odebrała, ale rachunku nie zapłaciła. Wynajęła kancelarię adwokacką i rozpoczęła się wymiana pism. W jednym z nich przedstawiciele dealera „wyrażają głębokie ubolewanie nad zaistniałą sytuacją”. „Zapewniamy jednocześnie, że naruszenie, jakiego dopuścił się nasz pracownik, powstało bez naszej woli i wiedzy. Informujemy zarazem, że wyciągnęliśmy względem pracownika stosowne konsekwencje” – czytamy. Jednocześnie wezwali Judytę Nowak do uiszczenia rachunku na ponad 11 tys. zł.
W kolejnym piśmie dealer informuje o zarysowaniu i wgnieceniach. „Powyższa naprawa nie rzutuje na wartość handlową pojazdu. Tylny zderzak został pokryty nową warstwą lakieru w całości, co podwyższyło dotychczasową wartość pojazdu oraz jego walory estetyczne. Przed oddaniem pojazdu do warsztatu zderzak bowiem nosił liczne ślady zarysowań o różnych rozmiarach, związanych z bieżącą eksploatacją pojazdu”.
Za przejechane 600 kilometrów dealer zaoferował rekompensatę. W ramach przepisów o stawkach za korzystanie z aut prywatnych do celów służbowych obliczono, że pani Judycie należy się 501,48 zł. – Kłopot w tym, że nie jestem pracownicą salonu skody, a moje auto wykorzystano bez mojej wiedzy! I w dodatku je uszkodzono – ripostuje kobieta.
Kupiliśmy części i naprawiliśmy
Zbigniew Kierat, właściciel Auto-Centrum M. Z. Kierat wyjaśnia, że od początku doszło do nieporozumienia.
– Poprzedni właściciel prawdopodobnie nie serwisował auta. Podniósł moc silnika, ale nie wymieniał oleju jak trzeba. Podpowiedziałem pani Nowak, by próbowała odzyskać od niego koszty naprawy, ale to jej prywatna decyzja. Silnik samochodu był do kapitalnego remontu. Kupiliśmy części i naprawiliśmy. Właścicielka była na bieżąco informowana o kosztach. Jeśli twierdzi inaczej, to kłamie – zaznacza.
– Na dokumentach nigdzie nie ma podpisu właścicielki, że zgadza się na naprawy – zauważamy.
– Klient nie ma obowiązku podpisywać zlecenia – odpowiada Kierat.
Pytamy o uszkodzenia i przejechane kilometry. – Auto było potwornie brudne. Dopiero po naprawie i umyciu zauważyliśmy, że na karoserii są wgniecenia. Naprawiliśmy je na własny koszt. Po remoncie silnik wymagał testów i nasz pracownik uznał, że tyle trzeba przejechać, żeby być zupełnie pewnym. Chcemy zapłacić rekompensatę. Obliczyliśmy ją w taki sposób, bo tylko na taki pozwala nam fiskus – mówi Kierat.
Spór rozstrzygnie sąd
Sprawa trafiła do sądu. Strony czekają na wyznaczenie terminu pierwszej rozprawy. – W naszym odczuciu wierzytelność, której żąda salon, jest sporna i niepewna. Moja klientka dysponuje również zdjęciami wykonanymi, zanim auto trafiło do naprawy. Sąd oceni, czy karoseria miała wcześniej wgniecenia, czy nie. Sprawy przejechanych kilometrów trudno komentować. Bez wiedzy właściciela salon dowolnie dysponował jego rzeczą, a to niedopuszczalne – mówią Paulina Obrok-Pawlarczyk i Jarosław Reck, pełnomocnicy pani Judyty.
--
Pozdrawiam,
galtom
"When agriculture and industry came along people could increasingly rely on the skills of others for survival, and new "niches for imbeciles" were opened up. You could survive and pass your unremarkable genes to next generation [...]"

Więcej w serwisie forum.gazeta.pl

Tagi: Aro, Skoda, Dealer, Olej
Kod z obrazka
Komentarze (0):
reklama
Kontakt z nami